Copyright by Marcin Cisowski

TEMBRAVO. Tembrem, słowem i obrazem.

Jesteśmy najlepsi

Aktualności

Aenean sagittis mattis purus ut hendrerit. Mauris felis magna, cursus in venenatis ac, vehicula eu massa. Quisque nunc velit, pulvinar nec iaculis id, scelerisque in diam. Sed ut turpis velit. Integer dictum urna iaculis vestibulum finibus. Etiam tempus dictum rhoncus. Nam vel semper eros. Ut molestie sit amet sapien vitae semper. Pellentesque habitant morbi tristique senectus et netus et malesuada fames ac turpis egestas. 

24 lutego 2021
8 najlepszych badmintonowych, mieszanych zespołów Europy gościła fińska Vantaa. Po polsku wanta, to lina,
14 czerwca 2020
Nie trzeba było budowli z drewna, by wojownicy z Saarbrücken zaskoczyli przeciwników. Do zwycięstwa

Marcin Cisowski
dziennikarz sportowy,
producent artystyczny

8 najlepszych badmintonowych, mieszanych zespołów Europy gościła fińska Vantaa. Po polsku wanta, to lina, która stabilizuje maszt. A w Mistrzostwach Europy Drużyn Mieszanych w badmintonie o stabilność składu właśnie chodzi najbardziej.

 

Doświadczenie komentatora sportowego podpowiedziało mi, żeby jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji zerknąć na składy każdej z reprezentacji. Taki "rzut okiem" w zupełności wystarczył, żeby stwierdzić, że kadra angielska będzie w fińskiej fabule pełniła rolę statystów. Krótko mówiąc - bez Państwa Adcock (mikst) oraz Marcusa Ellisa i Chrisa Langridge'a (męski debel) wyspiarze nie mogli liczyć nawet na wyjście z grupy.

 

Tak się właśnie stało, bo Anglicy przegrali wszystkie trzy spotkania grupowe, zajmując w tzw. grupie 2 - czwarte, ostatnie miejsce. Z racji, że od początku faworytami rywalizacji w  tej czwórce byli Rosjanie, o premiowane awansem do półfinału drugie miejsce starli się Francuzi i Holendrzy. Po przenalizowaniu możliwości kadrowych obu ekip wyrok brzmiał 50/50. Zadecydował piąty pojedynek - mikstów, w którym lepsi okazali się Tom Gicquel i Delphine Delrue, którzy w decydującym secie pokonali Panią Piek i Pana Tabelinga 21:19.

 

Tymczasem w grupie 1 nie było na tym etapie żadnej filozofii, ani wyższej matematyki. Można było stawiać dolary przeciwko orzechom, że do półfinału awansują dużo mocniejsze od Szkocji i Finlandii reprezentacje Danii i Niemiec. Po bezpośrednim meczu Dania - Niemcy można było już żałować, że te drużyny nie wystąpią przeciwko sobie w finale, ponieważ system rozgrywek zakładał, że w półfinale zagrają ze sobą zwycięzcy grup z ekipami z drugiego miejsca.

 

Po wspomnianej wcześniej batalii Dania - Niemcy, ten półfinał wydawał się zdecydowanie ciekawszy od drugiego Rosja - Francja. Taki sposób myślenia sprawdził się tylko połowicznie. Dlaczego? To wyjaśni się w dalszej części mojego felietonu.

 

Potyczka Duńczyków z Niemcami ponownie była bardzo zacięta i zakończyła się dopiero po decydującym, piątym pojedynku wynikiem 3:2 dla Danii.  Przy bardzo wyrównanych potencjałach, prawie każdy mecz był elektryczny i zależał od formy dnia. Jedynie przy męskim singlu od razu można było dopisać punkt dla Duńczyków. Newralgiczny moment całego meczu nastąpił w singlu kobiecym, gdzie Mia Blichfeldt zrewanżowała się Yvonne Li za porażkę w meczu grupowym. Li wiedziała, jak ważny "duży punkt" wypuściła
z rąk swojej reprezentacji i gorycz klęski wyładowała na swojej rakiecie... W zaistniałej sytuacji Niemcy musieli znaleźć swojego bohatera, który wyłuska punkt, tam, gdzie będzie to możliwe. Takim "superhero" ze strony badmintonistów z czarnym orłem na koszulkach okazał się Mark Lamsfuss, który wygrał swoje obie gry. Nie należał do wielkich niespodzianek jego triumf w parze z Isabel Herttrich w otwierającym cały mecz spotkaniu mikstowym, ale to co się stało w męskim deblu niejednego kibica wprowadziło w stan osłupienia... Rzeczony Lamsfuss, w parze z Marvinem Seidelem dosłownie zmiażdżył świetną duńską parę Astrup/Rasmussen
w drugim secie wygrywając 21:5! Stan 2:2 w dużych punktach meczowych oznaczał, że o wejściu do finału zadecyduje rywalizacja w kobiecej grze podwójnej. Emocje w tym starciu były do samego końca. Gdy w decydującym secie było 20:15 dla Dunek wydawało się, że już za chwilę podniosą ręce w geście triumfu. Jednak potem cztery punkty z rzędu zdobyły Niemki i dopiero przy stanie 20:19 Dunki wygrały
lotkę-przepustkę do finału.

 

W drugim półfinale, na papierze faworytami byli Rosjanie. Powodów było wiele. Historia potyczek tych dwóch reprezentacji z ostatnich lat, naznaczona gęsto triumfami Rosjan; wygrana 4:1 w spotkaniu grupy 2, która wskazywała jasno, że kompleks rosyjski u Francuzów na tej imprezie nie zostanie przełamany; tzw. pewny punkt (marzenie wielu reprezentacji), bo debel Ivanow-Sozonow, to taki Mercedes wśród badmintonowych marek w deblu męskim... Te trzy wskazane faktory wzmocnił jeszcze początek całego meczu. W nim Evgeniya Kosetskaya pokonała główną strzelbę Francji - urodzoną w Chinach Qi Xuefei. Tym samym popularna Żenia zrewanżowała się Qi za porażkę grupową, gdy reprezentantka Francji zdobyła dla trójkolorowych ten jedyny punkt w całej batalii. Patrząc ze strony sympatyków francuskich badmintonistów, wyglądało to w tym momencie na zapowiedź bolesnej egzekucji... W hali, z powodów pandemicznych, rolę kibiców przejęli członkowie drużyn, którzy w danym momencie nie grali i jeśli chodzi o głośność dopingu Francuzi nie mieli sobie równych. Ten doping kolegów i koleżanek z teamu poniósł w singlowym pojedynku z Władimirem Małkowem, Tomę Juniora Popowa - Francuza bułgarskiego pochodzenia, który po epickim, ponad półtoragodzinnym starciu wygrał w setach 2:1. Potem w wywiadzie powiedział, że wreszcie mógł pokazać, iż zasługuje na to miejsce w reprezentacji Francji. Było 1:1 w całym meczu Rosja - Francja, Les Bleus potrzebowali jednak kolejnych cudów. Zmieniono zatem partnerkę deblową dla Anne Tran, która tym razem zagrała z Leą Palermo. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo Palermo uzupełniała się lepiej z filigranową i wszędobylską Tran, niż Emilie Lefel w przegranym meczu fazy grupowej. Znów ponad półtorej godziny niesamowitej, badmintonowej wojny i Francja wyszła na 2:1 w dużych punktach meczowych. Czwarte starcie było bez historii, bo wielcy dominatorzy rosyjscy (Sozonow-Iwanow) bez problemu zmietli z kortu Labara i Maio. Mimo stanu 2:2, który już był dla Francuzów sukcesem, wszystkim tym, którzy pragnęli więcej, ością w gardle stawał bilans spotkań pomiędzy francuskim a rosyjskim deblem. 0:5... No cóż, czy potrzebny jest tu jakiś komentarz? Co prawda Gicquel i Delrue, to para notowana wyżej w rankingu o dziewięć miejsc, ale każdy, kto sportem zajmuje się zawodowo, wie, że w takich sytuacjach klasyfikacje przegrywają boleśnie z faktem, że ktoś komuś nie pasuje stylem gry... Ten respekt przed Alimowem i Dawletową był niestety widoczny u trójkolorowych w pierwszym secie. Respekt przełożył się na nerwowość, a ta na brak precyzji i porażkę w pierwszym secie. Jednak od drugiej odsłony Gicquel i Delrue zaczęli grać agresywniej. Przypomnieli sobie być może, że to właśnie ich zwycięstwo zadecydowało o wygranej z Holendrami w grupie i awansie do półfinału. Najpierw wyrównali stan meczu na 1:1 w setach, a w decydującej partii rozpędzeni pokonali Rosjan 21:9! Śmiało można powiedzieć, że ta wygrana Francuzów z Rosjanami w całym meczu i ich awans do finału Mistrzostw Europy Drużyn Mieszanych, to największy sukces tej badmintonowej reprezentacji w ostatnich latach.

 

Finał? Tutaj ewentualne zwycięstwo Les Bleus byłoby nie niespodzianką, ale ultra sensacją. Duńczycy wygrali 3:0 pokazując po raz 18-ty w historii, że są najlepszym mieszanym teamem w Europie.

 

Z racji, że lubię w filmach i felietonach konwencję klamrową, to na koniec wróćmy do procesu zerkania na składy... Myślę, że Francuzi nie żałują, że do Finlandii wzięli 19 swoich badmintonistów, by móc przez całą imprezę odpowiednio rotować składem i tym samym pozwalać najlepszym ogniwom odpocząć, gdy jest to tylko możliwe. Dla porównania Rosjanie, których trójkolorowi zostawili w półfinale w pokonanym polu, zabrali na turniej tylko 10 zawodników... 

 

 

 

 

 

ZMIESZANI, NIE WSTRZĄŚNIĘCI. DUŃCZYCY ZNÓW Z PUCHAREM.

24 lutego 2021
SPORTALIONY

sportowe niuanse...

(fot. Koijam KSiti Rohani)
 

Mistrzostwa Europy Drużyn Mieszanych w badmintonie zakończone triumfem Duńczyków. Zachowali chłodne głowy i efektywnie wycisnęli soki swoich umiejętności. To był ich przepis na słodki koktajl zwycięstwa.